„Czerwony szlak rowerowy Olsztyn – Gietrzwałd – Stare Jabłonki”

Ślad trasy na Strava: www.strava.com

Plik GPX do ściągnięcia: mapawarmii.pl

Trasa Stare Jabłonki – Olsztyn, stan na grudzień 2017.

Długość 40,4 km, suma przewyższeń 374 m, szacowany czas przejazdu 2 godz. 40 min.

 

Zbliżał się grudniowy weekend, pogoda nie rozpieszczała, ale prognoza na dwa dni była optymistyczna – niedziela będzie dla nas. Może trochę powiać, błoto w lesie gwarantowane, ale padać nie powinno, a temperatura podskoczy nawet powyżej zera. Plan na objechanie wszystkich szlaków rowerowych regionu rozpoczęty, a skoro powiedziało się A wypada też lecieć dalej z alfabetem. Byle na te zimowe warunki nie wybrać zbyt ambitnej trasy. Szybki rzut oka na fragmenty szlaków rowerowych, które już widnieją na mapawarmii.pl, sprawdzenie rozkładu jazdy pociągów i już wiedziałem, że dzień rozpocznę w Starych Jabłonkach.

Połączeń kolejowych na trasie Olsztyn – Ostróda jest sporo, jadąc w drugą stronę czerwonego szlaku rowerowego wytyczonego przez PTTK wiele lat temu z malowniczych Starych Jabłonek też jest się jak ewakuować. Oczywiście zawsze można też zostać tu na dłużej, w końcu to jeden z bardziej znanych hoteli co roku goszczących na gorących piaskach jeśli nie siatkarzy to szczypiornistów plażowych. Ten wąski przesmyk między dwoma jeziorami – Szeląg Mały i Wielki, jest zresztą świetnym punktem wypadowym i dużym węzłem dla turystyki, zarówno pieszej jak i rowerowej. Gmina Ostróda, przynajmniej w internecie, może uchodzić za wzór dobrze prowadzonej informacji turystycznej, co sami możecie sprawdzić korzystając ze strefy turysty www.gminaostroda.pl.

Przebieg szlaku

 

Jak zwykle, żeby nie przesłodzić, w beczce miodu musi tkwić łyżka dziegciu. Mowa o czerwonym szlaku rowerowym, który tu właśnie opisuję, a w zasadzie o jego braku, mowa o współpracy między gminami, a w zasadzie jej braku, mowa też o koordynacji takich międzygminnych, a szerzej patrząc, pewnie i międzywojewódzkich tras. Piszę to z pozycji laika, turysty i rowerzysty, ale i znającym trochę bolączki i szarą rzeczywistość polskich samorządów. Wiem, że to nie jest łatwe, że wymagałoby ustawicznej, codziennej pracy, czasem z trudnymi partnerami, ale na chłopski rozum – czy nie łatwiej jest raz na parę lat odmalować oznakowanie szlaków na drzewach, zakonserwować parę tabliczek, niż raz od wielkiego dzwonu z rozmachem i w błysku fleszy otwierać nową trasę rowerową? Oczywiście, taka mozolna praca „w tle”, dbanie o już istniejącą infrastrukturę jest mniej nośna medialnie, może być nudna i ciężko ją publicznie „sprzedać”, ale czy to nie takiej właśnie pracy oczekują wyborcy, czy to władz gminnych, powiatowych czy w końcu tych z namaszczeniem Premiera Rady Ministrów? Może to przydługi wywód, może wylewanie żali, ale jak dobrniecie do dalszej części tej relacji, zrozumiecie co mam na myśli. Otóż przedmiotowego szlaku rowerowego NIE MA. Już nie ma, bo był oczywiście, ale o tym niżej.

Podróż w kierunku Olsztyna rozpoczynamy z okolic hotelu, lub jak kto woli stacji kolejowej, to centrum i zarazem węzeł szlaków – dla rowerzystów to mała i wielka pętla ostródzka, ciekawe opcje pętli dookoła i w pobliże Dylewskiej Góry. Oznakowań jest sporo i są dobrze widoczne, włączając w to pielgrzymkowy szlak Świętego Jakuba, którego piękna żółta muszla zdobi sporo tutejszych słupów. Mojego, czerwonego szlaku szukałem dłuższą chwilę, po czym zrezygnowałem i ruszyłem na północ w kierunku głośnej i bardzo ruchliwej drogi krajowej nr 16. W końcu wiem którędy jechać, przynajmniej na początku tej przygody. Przebicie się na drugą stronę DK 16 wymaga cierpliwości lub szczęścia, zależnie od zastanego na drodze ruchu, w każdym razie warto tu zachować ostrożność, to jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc w tej części kraju. Dalej jest już lepiej, kierujemy się na Kątno, które w sezonie bywa dość gwarne z kilkunastoma kwaterami agroturystycznymi, kempingiem i polem namiotowym. Mnie witało ujadanie psów i dumnie prężący się węgorz (szczupak?).

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

W Kątnie też pierwszy raz tego dnia zjechałem z asfaltu, trochę „na czuja” pamiętając z mapy, że gdzieś tu trasa odbiega w prawo w kierunku lasów. Kilkadziesiąt metrów dalej poczułem się pewniej widząc tabliczkę z oznaczeniem szlaku rowerowego. Jakiego – nie wiem, kolorów nie nosił on żadnych, ale piktogram roweru był w świetnym stanie, pedałowałem więc dalej i wkrótce dojechałem do ściany lasu.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Już wcześniej, po pierwszym przeczytaniu trasy wiedziałem, że droga między Kątnem a Wynkami, biegnąca przez głęboki las, będzie najtrudniejszą częścią do nawigowania. Póki co, bez widocznych znaków, trzymałem się głównej drogi, na rozjazdach wybierając kierunki wyznaczone przez ślady samochodów. Jazda „po kierunku” miała się zresztą wkrótce zemścić.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Początek przygody, a więc i pierwszego, nie ostatniego tego dnia zgubienia szlaku rozpoczął się na, jak na leśne warunki, dużym skrzyżowaniu. Trudno zresztą mówić o zgubieniu szlaku – dalej nie znalazłem choćby jednego pomalowanego drzewa. W miejscu mocno rozjeżdżonym przez ciężki sprzęt trudno było ocenić, która z odbiegających dróg jest tą główną – wszystkie szerokie i mocno uczęszczane. Wybrałem tą najbardziej na wprost i to był błąd. Zanim jednak odkryłem, że pomyliłem drogę, a potem wróciłem na właściwą ścieżkę, przeżyłem mocno deprymującą, sześciokilometrową wycieczkę przez przygnębiający krajobraz. W końcu te sosnowe lasy, nie tak dostojne, trochę mieszane, nie zasługujące więc na prawną ochronę jak niedaleki rezerwat w Taborzu, były jeszcze niedawno częścią, południową rubieżą królewskich sosen. Teraz jednak czułem się trochę jak w niedawno oglądanej „Neverending Story”, las pochłania nicość. A bardziej przyziemnie, droga, którą jechałem przypominała szybko rosnący plac magazynowy jakiegoś olbrzymiego tartaku. Zanim zawróciłem, mijałem po drodze kilkanaście tabliczek z zakazem wstępu, powodem oczywiście jest ścinka drzew. Zdemotywowany włączyłem w końcu GPS, a kiedy zorientowałem się, że jadąc dalej trudno będzie wrócić na zapisany ślad trasy, dalej kierowałem się już nawigacją z telefonu.

Detour

 

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Po powrocie do głównego skrzyżowania leśnych dróg i poprawieniu kursu kontynuowałem jazdę szeroką i piaszczystą trasą. Minąłem tabliczkę prowadzącą do leśniczówki Orlik, dalej kierowałem się podobnym drogowskazem do leśniczówki Śmieszny Kąt. Dalej wciąż prosto, aż do granicy lasu, a kiedy na horyzoncie majaczyły już sylwetki budynków, droga zaczęła przypominać prawdziwy off road. Jadąc na prawie trzycalowych oponach nie stanowiło to większego problemu, ale dalszy komfort jazdy nie byłby możliwy bez wodoodpornych skarpet. Woda i błoto były wszędzie.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

W Wynkach nasza trasa łączy się na chwilę z żółtym szlakiem wytyczonym przez gminę Łukta. To dobrze się zapowiadająca, 25-cio kilometrowa pętla biegnąca z Łukty przez Komorowo, Pelnik, Łęguty, Grazymy i Wynki, a stąd odbijająca w lewo z powrotem w stronę Łukty. Ja na asfalcie skręciłem w prawo w stronę Worlin mijając malowniczą plażę nad małym jeziorem Łoby.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Dojechałem do głównej, równiutkiej jak stół drogi wojewódzkiej z Łukty, skręciłem w prawo w stronę Podlejek mając po swojej lewej stronie piękne, choć w sporej części ogrodzone brzegi jeziora Isąg. Jest tu po drodze kilka miejsc, w których aż chce się zatrzymać na chwilę i odetchnąć, widoki sprawiają że trudno przejechać tędy bez wykonania okolicznościowego landszaftu. Szybko jednak dojechałem w ten sposób do południowego krańca jeziora, do którego wpada moja ukochana Pasłęka. Z drogi widać jednak, jak charakterna to rzeka, wypływając z mniejszych Łęgut zasila elektrownię wodną, a pod wiaduktem, w głębokim korytarzu wije się pod leżącymi już drzewami. W końcu jest to też rezerwat ochronny bobrów.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Jeszcze przed mostem w Łęgutach żegnam równiusieńki asfalt i odbijam w lewo – oczywiście przy pomocy GPS-u i mapy, oznakowania wciąż brak. Znów błoto, najpierw miedzą, potem wzdłuż granicy lasu i morenowych pól i myśliwskich ambon. Tu czekała na mnie największa niespodzianka tego dnia – nagle w lesie pojawia się stary, ale jeszcze widoczny znak – tędy biegnie czerwony szlak PTTK, który od ponad 20 km był szlakiem widmo. A więc nie pomyliłem się, to żadna fatamorgana, ten szlak naprawdę istniał.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Piaszczystą, leśną drogą, trochę klucząc po kilku podobnych do siebie ścieżkach, trochę na azymut dojeżdżam do Woryt. Tu wjeżdżam z kolei na niebieski szlak wytyczony przez gminę Gietrzwałd. To zarazem Warmińska droga kulturowa do Gietrzwałdu. Samorząd i mieszkańcy bardzo się starali zachować dawny charakter tej drogi, jednak wciąż ciężko mi nazwać ją aleją. Wiatr hula coraz mocniej. Jest pod górkę, więc przynajmniej do Gietrzwałdu dojeżdżam rozgrzany, akurat na koniec niedzielnej sumy. Naprzeciwko sanktuarium, przy księgarni A. Samulowskiego wypijam jeszcze ciepłą herbatę z termosu, a nieco dalej rozdziawiam się stając pod imponujących rozmiarów mapą szlaków rowerowych gminy Gietrzwałd. Za punkt honoru stawiam sobie sprawdzenie tych wszystkich przecinków i kropek, coś czuję że będzie o czym pisać. Ruszam dalej, bo na otwartym terenie wieje coraz mocniej.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Dalszą drogę znam na pamięć, jednak rowerem pokonuję ją dopiero trzeci raz. Dopiero teraz zauważam zanikające oznakowanie szlaków – jego stan przypomina zresztą stan asfaltu, lub to czego z niego zostało. Do miejsca, w który spędziłem już wiele fotograficznych świtów, stawów rybnych w Łajsach docieram roztrzęsiony, sam nie wiem czy to bardziej przez dziurawy asfalt czy przez coraz silniej wiejący na tej wysoczyźnie wiatr. W Łajsach mijam coraz piękniej wyglądający pałac, a obecnie także prężnie rozwijające się gospodarstwo rybne, zresztą znajdujące się na północnym szlaku rybackim. Dalej minąłem starą stację kolejową Unieszewo, piękne widoki na pofałdowane pola, ale wiatr nie zachęcał do żadnych przerw. Po pamiątkowej fotce na tle kościoła w Sząbruku minąłem przy wylocie na Naterki ostatnie oznakowane czerwonym szlakiem drzewo i schroniłem się znów wśród drzew.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

To już prawie olsztyńskie osiedla – w Naterkach ulicą Diamentową jadę już jak najszybciej do domu, najpierw polbrukiem, potem znów szutrem. Przed Gronitami mijam już stojący wiadukt Południowej Obwodnicy Olsztyna, trochę błotem ale jednak już można przejechać. Dalej szutrem pamiętającym szybkie rajdowe ściganie dojeżdżam do dzielnicy Dajtki w Olsztynie, a żeby nie pogubić się w wijących ulicach jadę wciąż na wprost ulicą Żniwną. Tak docieram do końca, lub też początku czerwonego szlaku rowerowego PTTK – do małego kościoła pw. Matki Bożej Różańcowej. Także i tu próżno mi szukać jakichkolwiek oznaczeń szlaku.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Podsumowanie będzie gorzkie, bo trasa, która zapowiadała się na malowniczą wycieczkę po miejscach, które warto zobaczyć na własne oczy i pokazywać „na zewnątrz”: Stare Jabłonki, lasy które niedaleko stąd chroni rezerwat Sosny Taborskiej, brzegi jeziora Isąg i przełom Pasłęki w Łęgutach, Sanktuarium w Gietrzwałdzie a potem coraz bardziej podmiejski, jednak wciąż piękny, pofałdowane pola okolic Unieszewa, Sząbruku i Naterek. To jednak szlak, który okazał się raczej szlakiem widmo, wytyczonym po pięknych terenach, jednak zbyt wielu gminach. Żadna z nich nie widziała widocznie sensu w utrzymaniu tego turystycznego traktu. Żadna też nie zapomina o wskazywaniu turystyki jako ważnego elementu gminnej strategii przetrwania. Smutny paradoks…

 

Tak czy inaczej, szlaku praktycznie nie ma, jednak jeśli ktoś wybierze się jego dawnym śladem, polecam korzystanie z mapy i pliku GPX, pobierzecie go na mapawarmii.pl. Jego długość to 40,4 kilometrów, Strava podpowiada że czas przejazdu to 2 godziny i 40 minut. Mi przejazd zajął prawie dwie godziny dłużej, głównie z uwagi na sporo przerw zdjęciowych i na szukanie drogi. Trasę wydłużyłem też o sześć kilometrów kluczenia po lesie, dopiero wtedy zdecydowałem się korzystać z nawigacji. Trasa zdecydowanie na rowery MTB lub uterenowione, bo leśne drogi są piaszczyste i rozjeżdżone przez ciężki sprzęt. Polecać trasę czy nie? Sam nie wiem.

 

Piotr Wyrzykowski na rowerze Marin Pine Mountain (mocno ogumiony semi fat-bike na stalowej, sztywnej ramie), 3 grudnia 2017 roku.

 

Dostępne źródła:

Opis na www.szlaki.mazury.pl (strona warmińsko-mazurskiego oddziału PTTK)

Garść informacji o miejscach na trasie szlaku:

Stare Jabłonki

Kątno

Wynki

Rezerwat Sosna Taborska

Pasłęka

Łęguty

Woryty

Gietrzwałd

Łajsy

Unieszewo

Sząbruk

Naterki

Gronity

 

Więcej szlaków rowerowych na mapawarmii.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *